Non ci credo! Czyli z humorem o życiu we Włoszech!
Do Italii sprowadziła mnie najprościej mówiąc - ironia losu. Nigdy nie byłam fanką włoskiej kuchni, nigdy nie chciałam uczyć się języka włoskiego, nigdy nie chciałam wyprowadzać się z ukochanej Warszawy, ani bynajmniej, jako miłośniczka upałów, nie chciałam mieszkać w górach, na lekcjach historii zasypiałam, kiedy mówiono o Starożytnym Rzymie, a włoskich mężczyzn omijałam szerokim łukiem.
Rok temu życie zaskoczyło mnie tak, że nie przewidziałabym kolejnych miesięcy w najbardziej kuriozalnych wizjach swojej przyszłości. Od tamtej pory odnoszę wrażenie, że każdy dzień ma tylko jeden cel: zdziwić mnie jeszcze bardziej!
W listopadzie 2019 roku wsiadłam w samochód, spakowałam kuchnię, łazienkę, jakieś ciuchy, gitarę, ukulele, mikrofon, książki oraz psa i ruszyłam do Trydentu. Przez pierwszy tydzień tułałam się po znajomych, jeżdżąc samochodem wypchanym po dach z parkingu na parking, aż w końcu udało mi się osiąść w wynajmowanych, ale przytulnych czterech ścianach w centrum urokliwego, alpejskiego miasta.
Jeśli jesteście ciekawi jak do tego doszło, co najbardziej mnie tutaj dziwi, co zachwyca, a co doprowadza do szału, a do tego interesujecie się trochę Włochami, zwłaszcza tymi północnymi, to serdecznie zapraszam do subskrybcji!